boginie i wycieraczki

36,6 obok

Zauważyłam pewną zależność - jak jest źle, to mogę pisać długo i często. Gdy jednak robi się lepiej, to nagle mnie zatyka. Czyżbym, za przykładem licznej gawiedzi, sądziła, że jak o zadowoleniu szeroko się rozprawia, to zaraz jakaś zazdrosna persona mnie przeklnie i wszystko się odwróci? U mnie tak rzadko dzieje się dobrze, że należy o tym pisać.

 

Robiąc porządki w swoim życiu, poczułam smutek, ale nie depresyjny. To raczej smutek świadomości, że coś się nieuchronnie skończyło. Z drugiej jednak strony jest dzięki temu szansa na początek czegoś innego. Mój portfel mocno mnie zdziwił, gdy zrobiłam w nim porządek. Nie wiedziałam, że jest w stanie pomieścić tyle rzeczy i został mocno odchudzony papierologicznie, bo finansowo to on cały czas jest na diecie. 

 

Nie wiedziałam również, że tak mi brakowało przytulenia drugiej osoby. Odzwyczaiłam się od tego. Nagle okazało się, że nie ma nic lepszego, niż stać blisko drugiego człowieka, wdychać jego zapach, czuć obejmujące ramiona, mocne bicie serca, dłonie spoczywające na plecach, zarost, który drażni policzek. Ciało pasuje do ciała. Jak się dowiedziałam, to ten etap znajomości, gdy cisza nie jest już krępująca. Fajny etap. Można tak stać, wpatrując się w niebo za oknem i uśmiechać. Zamknąć oczy i cieszyć się ciepłem, bijącym od żywego grzejnika. To prawdziwe zbawienie dla takiego zmarźlucha jak ja. Zimne dłonie można ogrzać pod koszulką, przy okazji poznając czyjąś budowę. Minuty mijają, ale nawet się tego nie zauważa. Jedyne, co się czuje, to kogoś obok, zmianę nacisku ramion, raz mocniejszą, raz lżejszą, poruszanie twarzą, aby zarost drażnił, bo wie, że lubię. Liczy się tu i teraz. Nieważne, dokąd to prowadzi. Kark zaczyna boleć, ale to nie ma znaczenia. Lekka zmiana pozycji, jeszcze większe zbliżenie, ewentualnie stanie na palcach i znów jest dobrze. 

 

Jeszcze lepiej się robi, gdy nagle będąc poderwana w ramiona, czuję, jak jestem okręcana wokół własnej osi. Czuję się jak mała, bezbronna kobietka. Lubię tak czasami. Która kobieta nie chce słyszeć, że jest lekka jak piórko i może być tak noszona cały czas? 

 

Można stać obok siebie przez dwie godziny i rozmawiać o wszystkim i o niczym. Śmiać się do upadłego, nie siadać, bo po co? Muskać się dłońmi, obejmować, drażnić i szturchać. Jak dzieci. Zupełna beztroska. Pić litry kawy, potem herbaty, a na koniec wody. Nie dość, że kofeina buzuje w żyłach, to jeszcze stale towarzyszy temu wszystkiemu jakieś podskórne napięcie, oczekiwanie. Nawet się nie zauważa, że minęły godziny. W ustach zasycha od ciągłych rozmów, brzuch boli od śmiechu. Zaczyna się porozumiewać szyfrem, który dla kogoś innego byłby niezrozumiały. 

 

Nie wszystko od razu musi kończyć się w jeden sposób i w jednym miejscu. Taki powolny proces to dla mnie nowość, ale o dziwo, podoba mi się to zmierzanie do celu w takim a nie innym tempie. Ktoś mi kiedyś powiedział, że wyczekane lepiej smakuje. Jestem skłonna w to uwierzyć.